Urodziłam się przy Placu Wałowym i przez pierwsze dwadzieścia lat życia znałam tu niemal każdy bruk, każdą bramę i każdy zakamarek. Mieszkałam pod numerem 11, w kamienicy, do której po wojnie trafili moi rodzice, przesiedleni z Kowla — miasta leżącego dziś na Ukrainie, około 150 kilometrów od Polski. Przyjechali do Gdańska towarowym wagonem, razem z meblami, pierzynami i całym dobytkiem. Wysiedli na stacji Gdańsk-Kłodno przy ulicy Toruńskiej. Pierwszym budynkiem, który zobaczyli, była ocalała kamienica Pod Zrębem 8, a za nią rozciągał się plac z parkiem, bastionami i widokiem na Motławę. Rodzice uznali, że to dobre miejsce, by zacząć wszystko od nowa.
Wtedy plac był zielony i pachnący. Wzdłuż alejek rosły stare lipy, niektóre mogły mieć sto, a nawet sto pięćdziesiąt lat, a obok nich kwitł jaśmin, którego lipcowa woń wpadała prosto przez otwarte okna. Wokół fontanny rosły czerwone róże, wysokie mniej więcej na półtora–dwa metry, a pod nimi krzewy pigwy. Nieopodal stały białe ławki. Latem woda w fontannie pojawiała się trochę niespodziewanie: ktoś odkręcał zawór, dzieci piszczały z radości, a wieczorem znów zakręcał kurek. W piaskownicy pod kręgiem drzew budowałam zamki, zaś na pobliskim trzepaku suszyły się dywany i koce. Najmocniej pamiętam zapach lip i spokojny rytm tamtego miejsca.
Bastiony także były naszym wielkim placem zabaw. W ich pagórkach wciąż straszyły leje po bombach, ale w latach sześćdziesiątych spychacze zaczęły je wyrównywać. Gdy miałam dwanaście czy trzynaście lat, z kolegami szukałam skarbów w kazamatach Bastionu św. Gertrudy. Przez kanał wentylacyjny weszliśmy do środka z latarkami, pewni, że zaraz trafimy na ukryty skarb. Nie znalazłam ani złota, ani tajemniczej skrzyni, za to do dziś pamiętam dreszczyk emocji i ulgę, gdy wyszliśmy na zewnątrz. Zimą te same górki zamieniały się w tory saneczkowe. Kasztany zbierałam tam, gdzie dziś znajduje się parking przy Urzędzie Marszałkowskim. Kiedyś rosło tam około dziesięciu drzew, a żołnierze z pobliskich koszar siedzieli w oknach, grali na harmoniach i rzucali nam suchary.
Arbuzy, kałuże i dziecięce przygody, które zostały w pamięci
Na rogu Placu Wałowego i ulicy Pod Zrębem działał sklep pani Budzińskiej. Rolnik przywoził jej konwie mleka, a ona nalewała mi je chochlą do kanki. Po pieczywo chodziłam do małego sklepiku przy ulicy Dolna Brama, niedaleko piekarni. Po większym deszczu w zagłębieniu przed naszą kamienicą zbierała się kałuża, w której jako mała dziewczynka taplałam się na bosaka. Przy Dolnej Bramie mieściła się też Szkoła Podstawowa nr 7. Nauka trwała tam siedem lat, a klasy były pełne dzieci. Sala gimnastyczna znajdowała się na trzecim piętrze, toalety zaś w niskich przybudówkach na podwórzu. Zimą woźny rozpalał węglowe piece, żeby przed ósmą ogrzać klasy. Pamiętam zapach pokostu na podłodze i wiadra z węglem wciągane na górę korbą.
W naszym mieszkaniu nie było łazienki ani gazu. W dwóch pokojach stały dwa piece; jeden zdobiły białe kafle, korona i mały aniołek na szczycie. Podczas późniejszego remontu rodzice rozebrali oba piece i postawili jeden, który ogrzewał dwa pokoje. Chodziłam z ojcem do łaźni przy ulicy Jaskółczej, ale mama szybko przestała nas tam wysyłać, bo prysznice i wanny pozostawiały wiele do życzenia. Po zmroku lampiarz objeżdżał na rowerze gazowe latarnie — chyba osiem albo dziesięć — i zapalał każdą z nich, a rano znów je gasił. Takie drobiazgi wyznaczały rytm naszej okolicy.
Naprzeciwko domu stała Mała Zbrojownia. Po wojnie zostały z niej właściwie same ściany: nie miała dachu, a w środku leżał gruz. Później ulokowano tam państwowe taksówki, których boki zdobiły długie, szachownicowe pasy szerokie na kilkanaście centymetrów. Obok, w dawnym lombardzie miejskim, działała drukarnia. Z okien podglądałam mechaniczne maszyny, które chwytały arkusze papieru i drukowały etykiety na olej, ocet oraz inne produkty. Za rogiem placu stał pomnik grenadierów, z moździerzami u podstawy. Biegałam wokół niego i wspinałam się na niego, nie wiedząc, że upamiętnia poległych w wojnie prusko-francuskiej z lat 1870–1871. Pomnik zniknął w 1969 roku; podobno moździerze trafiły później do Wielkiej Zbrojowni.

Jednym z moich najżywszych wspomnień pozostał rozładunek wagonu arbuzów na stacji Gdańsk-Kłodno. Owoce, chyba przywiezione z Bułgarii, miały zaopatrzyć miasto. Przez cały dzień pomagaliśmy robotnikom przenosić je na ciężarówkę, a każdy z nas dostał w nagrodę jednego arbuza. Wracałam do domu dumna, jakbym zarobiła pierwsze prawdziwe pieniądze. Latem biegałam po dachach podwórkowych komórek, zimą zaś skakałam z chłopakami po popękanych krach w miejscu, gdzie dziś znajduje się przystań Żabi Kruk. Raz wpadłam do lodowatej wody prawie po pas. Z duszą na ramieniu wracałam do domu, licząc, że mama nie zauważy, jak bardzo przemokłam.
W 1963 roku, przed wejściem do szkoły, usłyszałam od kolegi, że w Ameryce zabili prezydenta. Mówił o zamachu na Johna F. Kennedy’ego. Pamiętam dokładnie, gdzie stałam, choć wtedy nie wiedziałam, jak mocno ta wiadomość zapisze się w mojej pamięci. Dziś wiele budynków wygląda inaczej, część drzew zniknęła, a dawne podwórka i sklepy zmieniły przeznaczenie. Kiedy jednak wracam na Plac Wałowy, znów czuję lipcowy zapach lip, słyszę stukot kroków na bruku i radosny pisk dzieci przy fontannie. To nie był tylko adres z dzieciństwa, lecz cały mój mały świat — pełen tajnych przejść, kałuż, kasztanów i przygód, które wtedy wydawały się ogromne.
Tekst piosenki Kiedy byłem małym chłopcem - Breakout:

Kiedy byłem
Kiedy byłem małym chłopcem, hej
Wziął mnie ojciec
Wziął mnie ojciec i tak do mnie rzekł
Najważniejsze co się czuje
Słuchaj zawsze głosu serca, hej
Kiedy byłem
Kiedy byłem dużym chłopcem, hej
Wziął mnie ojciec
Wziął mnie ojciec i tak do mnie rzekł
Głosem serca się nie kieruj
Tylko forsa ważna w życiu jest
Wicher wieje
Wicher słabe drzewa łamie, hej
Wicher wieje
Wicher silne drzewa głaszcze, hej
Najwazniejsze to być silnym
Wicher silne drzewa głaszcze, hej
Zabawy na bastionach i przy fontannie
Na bastionach zawsze znajdowałam coś do odkrycia: biegałam po trawiastych górkach, a zimą zjeżdżałam z nich na sankach. Starsi mieszkańcy wspominają, że w latach 60. spychacze wyrównywały leje po bombach, lecz dziecięca wyobraźnia zamieniała każdy zakamarek w tajemniczą krainę. Mała wstawka: sprawdź, co wiadomo o życiu prywatnym Cleo. Szczególnie kusiły kazamaty Bastionu św. Gertrudy. Chłopcy w wieku 12–13 lat szukali tam skarbów i zaglądali do środka z latarkami przez otwór kanału wentylacyjnego. Ja jednak wolałam podziwiać stare fortyfikacje z bezpiecznej odległości!
Przy Placu Wałowym zabawa przenosiła się także pod fontannę. Wokół niecki rosły czerwone róże parkowe, wysokie na 1,5–2 metry, a pod nimi krzewy pigwy. Obok stały białe ławki i pachniały jaśminy. Sama fontanna działała dość nieprzewidywalnie: ktoś odkręcał zawór, woda tryskała, a dzieci natychmiast zbiegały się, by skorzystać z letniej ochłody. Podobno instalacja wciąż tam jest, choć studzienkę zasypano i widać już tylko jej betonowe obrzeże.
Letnie zapachy lip i zimowe zjazdy na sankach
Między górkami a skwerem nie brakowało atrakcji. Tam, gdzie dziś rosną drzewa w kręgu, znajdowała się piaskownica. Z kolei lipowe aleje dawały cień i roztaczały cudowny zapach, szczególnie w lipcu, gdy mieszkańcy otwierali okna, by wpuścić do domów woń kwiatów. Zimą bastiony zmieniały się w stoki saneczkowe, latem zaś fontanna i parkowe ścieżki zachęcały do biegania, zabawy oraz odpoczynku na ławce. Wyobrażam sobie, że po takim dniu wracałabym do domu zmęczona, ale z głową pełną przygód.
Ciekawostka: zapach kwitnących lip jest szczególnie intensywny w ciepłe, bezwietrzne dni — nic dziwnego, że lipcowe aleje mogły stać się jednym z najbardziej pamiętnych zapachów dzieciństwa.
Życie codzienne w powojennym Gdańsku
Lista opisuje codzienne życie mieszkańców powojennego Placu Wałowego i okolic: warunki mieszkaniowe, miejsca zabaw i nauki, lokalne sklepy oraz wspomnienia z odbudowującego się Gdańska.
- Nowi mieszkańcy i początki życia po wojnie. Do Gdańska przybywali repatrianci ze wschodnich terenów przedwojennej Polski, między innymi z Kowla. Wysiadali z towarowych wagonów na dworcu Gdańsk-Kłodno przy ul. Toruńskiej. Zabierali skromny dobytek: meble, tobołki i pierzyny. Dla wielu pierwszym zachowanym budynkiem była kamienica Pod Zrębem 8. Zieleń, bastiony i bliskość Motławy sprawiały, że okolica stawała się nowym domem.
- Mieszkania i codzienne obowiązki. W kamienicach brakowało łazienek i gazu, a mieszkańcy ogrzewali lokale węglem. Rodziny nosiły opał do piwnic i paliły nim w piecach kaflowych. W szkole woźny również rozpalał piece, wnosząc węgiel na piętra. Mieszkańcy kąpali się w miejskiej łaźni przy ul. Jaskółczej, choć jej stan pozostawiał wiele do życzenia.
- Zakupy i praca w okolicy. Sklep na rogu Placu Wałowego i ul. Pod Zrębem sprzedawał między innymi mleko, które sprzedawca nabierał chochlą do kanki. Pieczywo kupowano w małym sklepiku przy ul. Dolna Brama. Na dworzec przywożono żywność dla miasta, a dzieci pomagały robotnikom rozładowywać arbuzy z wagonów. Za dzień pracy każde dziecko dostawało jeden owoc. Z kolei w dawnym lombardzie działała drukarnia etykiet na artykuły spożywcze.
- Zabawy i sąsiedzkie miejsca spotkań. Dzieci bawiły się w piaskownicy, wspinały na pomnik grenadierów i czekały, aż ktoś odkręci zawór starej fontanny. Zimą zjeżdżały na sankach z bastionów, a zamarznięte tereny przy dzisiejszej przystani Żabi Kruk kusiły je kruchym lodem. Na podwórkach biegały po dachach komórek, zaś żołnierze w pobliżu koszar rzucali im suchary. Niektóre zabawy były ryzykowne: chłopcy próbowali dostać się do kazamat Bastionu św. Gertrudy w poszukiwaniu skarbów.
- Szkoła, światło i wspólnota. Wysoki ceglany budynek przy Dolnej Bramie mieścił Szkołę Podstawową nr 7. Dzieci uczyły się tam przez siedem lat, a klasy były pełne. Zimą woźny ogrzewał sale piecami. Na Placu Wałowym świeciły latarnie gazowe; latarnik objeżdżał okolicę na rowerze i zapalał je oraz gasił. Mieszkańcy próbowali też urządzić klub młodzieżowy w Dolnej Bramie. Wspólnie porządkowali pomieszczenia, lecz nie zdołali wówczas otworzyć klubu.
- Zieleń i pamięć miejsca. Mieszkańcy pamiętali plac jako park z lipowymi alejami, jaśminem, różami przy fontannie i białymi ławkami. Latem zapach lip docierał do otwartych mieszkań. Z czasem ubywało drzew, a zabytkowe budynki i urządzenia niszczały. Baszta Pod Zrębem częściowo zawaliła się w 1976 roku. Mimo tych zmian dawni mieszkańcy wracali na Plac Wałowy i zachowywali przywiązanie do dzielnicy oraz jej powojennej historii.
Plac Wałowy jako miejsce, do którego się wraca
Na Plac Wałowy wracam bez pośpiechu, zwykle pieszo albo rowerem. Za każdym razem mam wrażenie, że to miejsce pamięta więcej, niż zdradza na pierwszy rzut oka. Wystarczy przystanąć przy pozostałościach fontanny, spojrzeć na dawne mury i wyobrazić sobie lipową aleję, której zapach w lipcu docierał do otwartych okien. Wokół fontanny rosły kiedyś czerwone, nawet dwumetrowe róże, a pod nimi pigwy. Dziś można tu jeszcze wypatrzyć krzew jaśminu, który łączy obecny plac z opowieściami sprzed wielu dekad.
Najbardziej porusza mnie myśl, że dla wielu osób Plac Wałowy stał się pierwszym domem w Gdańsku po wojnie. Repatrianci przyjeżdżali na dworzec Gdańsk-Kłodno towarowymi wagonami, wioząc cały dobytek, a niedaleka kamienica Pod Zrębem była pierwszym widokiem miasta, jaki zapamiętywali. Z czasem plac wypełniły dziecięce wyprawy: zjazdy na sankach z bastionów, zabawy przy fontannie, zbieranie kasztanów w pobliżu dawnych koszar i mleko nalewane chochlą do kanki w osiedlowym sklepie.
Wspomnienia związane z placem obejmują między innymi:
- róże, pigwy i jaśmin rosnące w okolicy fontanny,
- pierwsze powojenne domy i przyjazdy repatriantów do Gdańska,
- dziecięce zabawy, zjazdy na sankach i zbieranie kasztanów,
- dawne budynki, szkolne lata i codzienne życie mieszkańców.
Mury pełne wspomnień, do których chce się wracać
Podczas spacerów po okolicy szukam drobnych śladów przeszłości. Mała Zbrojownia po wojennych zniszczeniach służyła jako garaż dla taksówek, a w dawnym lombardzie miejskim działała drukarnia. Z kolei ceglany budynek dawnej Szkoły Podstawowej nr 7 przypomina o szkolnych latach: dzieci uczyły się tam przez siedem lat, a na najwyższym piętrze mieściła się sala gimnastyczna. W pobliskich domach ogrzewano pokoje węglowymi piecami, często zdobionymi pięknymi kaflami.
Wracam tu, bo Plac Wałowy to dla mnie nie tylko punkt na mapie, lecz także zbiór zapachów, dźwięków i cudzych wspomnień, które łatwo uznać za własne. Dawne gazowe latarnie zapalał człowiek jadący na rowerze, a za przenoszenie arbuzów z wagonów na ciężarówki płacono jednym owocem. Dzieci z kolei szukały skarbów w kazamatach bastionów. Te obrazy tworzą opowieść o miejscu żywym i swojskim. Choć wiele się zmieniło, przy każdym powrocie odnajduję tu coś znajomego — dlatego znów chcę przyjść.
Źródła:
- https://www.gdansk.pl/rewitalizacja/Wspomnienia-z-Placu-Walowego-i-okolic,a,292638














